20,6 °C Piasecznik gm. Choszczno Open-Meteo


Ostatnia sesja Rady Miejskiej w Choszcznie zostawiła po sobie coś więcej niż protokół, kilka uchwał i kolejne polityczne komentarze. Zostawiła wrażenie, że część radnych coraz słabiej rozumie, co dzieje się poza salą obrad. A to w samorządzie bywa groźniejsze niż przegrane głosowanie.

Można oczywiście powiedzieć, że rada pracowała normalnie. Był porządek obrad, były druki uchwał, były głosowania, były uzasadnienia. Wszystko da się wpisać w paragrafy. Tyle że mieszkańcy coraz częściej patrzą nie tylko na to, czy coś odbyło się formalnie, ale także na to, jaki był sens tych działań.

I tu zaczyna się problem.

Trzy sprawy, jeden wzór

Na tej samej sesji pojawiły się trzy sprawy, które razem tworzą dość ponury obraz: petycje mieszkańców w sprawie wiatraków i biogazowni, sposób procedowania sprawy radnej Malwiny Kaszak oraz polityczny ciężar nieudzielenia burmistrzowi absolutorium. Każdy z tych tematów można rozpatrywać oddzielnie. Ale można też zobaczyć w nich wspólny wzór działania.

Najpierw petycje.

Mieszkańcy przyszli z konkretnym sprzeciwem. Nie chodziło im o ogólną rozmowę o przyszłości gminy ani o prośbę, żeby ktoś ich „wysłuchał”. W petycjach chodziło o niewprowadzanie do dokumentów planistycznych zapisów umożliwiających lokalizację elektrowni wiatrowych i biogazowni w pobliżu miejscowości. To była istota sprawy.

Rada uznała petycje za zasadne, ale w ograniczonym, bezpiecznym zakresie: stanowisko mieszkańców ma być uwzględnione w dalszej procedurze, mają być pogłębione działania informacyjne i konsultacyjne. Formalnie brzmi to poprawnie. Politycznie jest to jednak unik. Bo główny postulat mieszkańców nie brzmiał: „prosimy o dalsze konsultacje”. Brzmiał: „nie wpisujcie tych inwestycji do planów”.

To różnica, której nie da się zamazać jednym zdaniem wypowiedzianym po sesji. Jeżeli ktoś próbuje przekonywać, że rada zrobiła dokładnie to, o co prosili mieszkańcy, to albo nie czytał petycji uważnie, albo liczy na to, że mieszkańcy nie zauważą różnicy między rozpatrzeniem sprawy a spełnieniem żądania.

Zauważą.

Bo ludzie, którzy podpisują się pod takim dokumentem, najczęściej bardzo dobrze wiedzą, pod czym się podpisują. Zwłaszcza kiedy sprawa dotyczy ich domów, działek, pól, dróg i widoku za oknem.

Druga sprawa to radna Malwina Kaszak

Tu również można schować się za procedurą. Można powiedzieć, że były wnioski formalne, że rada głosowała, że większość zdecydowała. Tylko że znowu nie o samą procedurę chodzi.

Radna publicznie mówiła, że projekt dotyczący jej mandatu powstał bez wcześniejszego zadania jej pytań wyjaśniających. Wskazywała, że nie dano jej realnej możliwości odniesienia się do sprawy przed wniesieniem projektu. Prosiła o zdjęcie punktu z porządku obrad i o wprowadzenie projektu przeciwnego. Oba wnioski przepadły. Cztery głosy za, dziewięć przeciw.

Można to uznać za zwykłą arytmetykę rady. Można też zapytać, czy tak powinno wyglądać podejście do sprawy mandatu radnej wybranej przez mieszkańców.

Bo mandat radnego nie jest własnością rady. Nie jest elementem politycznej układanki, który można przesuwać zależnie od tego, kto ma większość. Jeżeli pojawia się sprawa tak poważna jak ewentualne wygaśnięcie mandatu, ostrożność powinna być większa, nie mniejsza. Zwłaszcza gdy sama zainteresowana mówi, że nie miała wcześniej możliwości obrony na uczciwych zasadach.

Mieszkańcy nie muszą znać wszystkich niuansów prawnych, żeby wyczuć ton sytuacji. A ton był taki, że większość rady bardziej chciała przeprowadzić swój scenariusz niż spokojnie zbudować zaufanie do sposobu wyjaśnienia sprawy.

Trzecia rzecz to absolutorium

W normalnych warunkach absolutorium powinno dotyczyć wykonania budżetu. To nie jest narzędzie do oceniania czyjegoś charakteru, sympatii politycznych ani tego, czy burmistrz pasuje większości rady. Jeżeli absolutorium zaczyna wyglądać jak kolejny odcinek sporu politycznego, mieszkańcy mają prawo pytać, czy ktoś jeszcze odróżnia kontrolę od rewanżu.

I właśnie tu pojawia się pytanie o klub Odrodzenie.

Czy to jest klub, który prowadzi spójną politykę w interesie gminy, czy już grupa tak przekonana o własnej sile, że nie widzi, jak jej działania wyglądają z zewnątrz?

Bo z zewnątrz wygląda to coraz gorzej.

Mieszkańcy z petycjami dostają odpowiedź, która nie realizuje głównego postulatu, ale pozwala powiedzieć, że sprawa została załatwiona. Radna, która prosi o możliwość obrony i zmianę porządku obrad, przegrywa głosowania dziewięcioma głosami większości. Burmistrz dostaje polityczny sygnał przy absolutorium, choć mieszkańcy coraz częściej pytają, czy to jeszcze ocena budżetu, czy już ciąg dalszy wojny po wyborach.

Procedura zamiast rozmowy

W każdej z tych spraw można znaleźć formalne uzasadnienie. I właśnie w tym tkwi największy problem. Bo pogarda w samorządzie rzadko przychodzi wprost. Rzadko ktoś mówi mieszkańcom: wasze zdanie nas nie interesuje. Częściej mówi się: państwa głos zostanie uwzględniony w dalszej procedurze. Rzadko ktoś mówi radnemu: nie obchodzi nas twoje stanowisko. Częściej po prostu odrzuca się wniosek. Rzadko ktoś mówi burmistrzowi: będziemy robić politykę. Częściej ubiera się to w język kontroli.

Tylko że ludzie widzą więcej, niż czasem wydaje się radnym.

Widzą, kiedy petycja zostaje rozbrojona przez zmianę sensu. Widzą, kiedy większość głosuje jak blok. Widzą, kiedy absolutorium zaczyna tracić charakter oceny budżetu, a nabiera charakteru politycznego nacisku. Widzą też, kto próbuje im po sesji tłumaczyć, że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak chcieli.

No właśnie nie.

Mieszkańcy nie chcieli tylko odnotowania ich sprzeciwu. Chcieli zatrzymania kierunku, który może zmienić ich miejscowości. Radna Kaszak nie prosiła o przywilej, tylko o uczciwe zasady przy sprawie dotyczącej jej mandatu. Absolutorium nie powinno być polem do pokazywania, kto dziś ma większość, tylko oceną wykonania budżetu.

Dlatego pytanie, czy z klubem Odrodzenie „leci jeszcze pilot”, nie jest tylko złośliwym żartem. To pytanie o kontakt z rzeczywistością.

Bo można wygrać głosowanie i przegrać zaufanie.

Można mieć większość i stracić słuch społeczny.

Można przez chwilę panować nad porządkiem obrad, a jednocześnie nie zauważyć, że poza salą narasta zupełnie inna opowieść o tej radzie.

A ta opowieść jest coraz prostsza: mieszkańcy przyszli z realnymi sprawami, a rada odpowiedziała głównie procedurą.

Jeżeli klub Odrodzenie tego nie zrozumie, to zderzenie z sufitem może przyjść szybciej, niż się wydaje. Nie dlatego, że ktoś krzyknie głośniej na Facebooku. Tylko dlatego, że mieszkańcy zaczynają porównywać słowa z decyzjami. A w samorządzie to porównanie bywa bezlitosne.